Armenia a kosmetyki - poradnik praktyczny

A to są kremy do rąk. Bardzo chciałam jeden, ale jakoś w końcu nic z tego nie wyszło. :c


Wyjeżdżając do Armenii moim największym problemem było, jak ja zadbam o urodę. Zaprawdę, powiadam Wam, dostępność kosmetyków wszelkiego sortu w Polsce jest więcej niż dobra! Wciąż pamiętam, jak szukałam zielonej glinki w Rumunii, pytając o nią po angielsku, francusku i w końcu, w przypływie desperacji, po rumuńsku, i spotykałam się jedynie z pełnym niezrozumienia spojrzeniem farmaceutek.

Na szczęście w Armenii jest pod tym względem nieco lepiej.

Nie wiem, skąd to zdjęcie, ale Google powiedział, że jest na licencji CC0, więc wzięłam.

Co dostaniemy bez problemu


1) Wszelkiej maści glinki - zielone, niebieskie, czarne, czerwone, kaolinowe, i to jakieś 50% taniej niż w Polsce. Można się wysmarować od stóp do głów, leżeć w wannie i pięknieć. Kto tę wannę później posprząta, pozostaje słodką tajemnicą...

2) Naturalne olejki - bardzo lubię zastępować olejkami kremy do twarzy, bo świetnie działają i jeszcze żaden nie zrobił mi krzywdy. W Armenii praktycznie w każdej aptece mamy do wyboru przynajmniej kilka rodzajów. Ja ostatnio z pasją używam morelowego - zarówno do demakijażu oraz zamiast kremu.

3) Kosmetyki rosyjskie - Babuszkę Agafię spotkamy na ogół w każdej aptece, chociaż nie cały asortyment. Za żelem pod oczy musiałam się trochę nabiegać, a mój mąż prawie się popłakał, kiedy usiłował wytłumaczyć pani farmaceutce o co mi chodzi (po czym w efekcie pani farmaceutka zaproponowała mi świetny krem, którego mogę używać też do całej twarzy. Minimalizm kosmetyczny mocno). Dodatkowo, ponieważ Armenia ma dobre stosunki handlowe z Rosją, wszystkie rosyjskie kosmetyki są znacznie tańsze niż u nas. Hura.

Z czym miałam problem


1) Żel do twarzy. Myślałam, że jak są te wszystkie Agafie i Natury Siberici to znajdę żel bez problemu, ale jednak nie. Przynajmniej nie taki, jak bym chciała, czyli w miarę naturalny i w rozsądnej cenie. W końcu po długich i ciężkich bojach znalazłam żel z Eco Lab za znośne pieniądze, ale ostatecznie, z powodu przejściowych problemów z cerą, skończyłam na mydle. :D Żel jest jednak świetny do demakijażu, bo ma w składzie liczne olejki i jeśli ktoś poszukuje czegoś do cery suchej i wrażliwej, to powinien go pokochać. Co do mydła - najpierw używałam przywiezionego z Polski Savon Noir, ale trochę mi go było szkoda, więc postanowiłam poszukać zamiennika. I tak trafiłam na podobno  indyjskie mydełko (podążając za linkiem można sobie poćwiczyć znajomość cyrylicy) za 250 dram (1 zł  = 130 dram, można sobie przeliczyć), które twierdzi, że ma coś wspólnego z borowiną. Nie ma, ale skład jest doskonały, działa bez pudła, no i ta cena. <3

2) Balsam/masło do ciała - ile ja się za tym nałaziłam... W końcu znalazłam jedną aptekę, w której kupiłam masło do ciała. Skład ma taki sobie, działa też byle jak, ale działa. Na wszelki wypadek kupiłam również balsam w Yves Rocher dość solidnie przy tym przepłacając (wszystko, co importowane z Europy, jest w Armenii średnio 8 - 10 zł droższe niż u nas).

3) Ałun - znalazłam w jednym supermarkecie na stoisku, które było przy okazji pralnią (multitasking bardzo). Kosztował jakieś 60 zł, a pani uparcie twierdziła, że to zasypka do stóp.

Ciekawostka kosmetyczna


Błądząc po Erywaniu odkryłam, ku niepohamowanej radości mojego męża, mały sklepik prowadzony przez Ormian z Libanu. W sklepiku znajdziemy mydło z Aleppo, całą masę olejków, dziwne, ale ładnie pachnące wody toaletowe i bogaty wybór kosmetyków z czarnuszką. I całą masę innych egzotycznych rzeczy. Ja kupiłam jakąś maskę z czarnuszki, która właściwie chyba jest również peelingiem i tak ją okrążam od miesiąca (z daleka, bo strasznie śmierdzi). Stałam się również szczęśliwą posiadaczką wody toaletowej o zapachu kwiatu gorzkiej pomarańczy. 

Komentarze

Popularne posty